W niedziele postanowiliśmy pojechać do Rethymnonu. Kupiliśmy bilety na autobus za całe 1,20 euro od sztuki w recepcji i poszliśmy na przystanek, który znajdował się naprzeciwko naszego hotelu.
Usłyszawszy wcześniej kilka plotek na temat fantazji i humorów tutejszych kierowców autobusów, zastanawialiśmy się jak długo przyjdzie nam czekać. Niespodziewanie autobus nadjechał po niecałych 10 minutach, i upewniwszy się czy jedzie w dobrym kierunku wsiedliśmy.
Kiedy skasowaliśmy bilety okazało się, że jest jeden problem. Nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść! Wypiwszy wcześniej do obiadu Zorbas Beer, i uraczywszy się schłodzoną retsiną, zapomnieliśmy wziąć ze sobą przewodniki. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się obserwować uważnie okolicę przez okno.
Rethymno jest trzecim co do wielkości miastem na Krecie, więc kiedy zabudowa stanie się gęstsza, będzie to na pewno oznaczać, że należy pomyśleć o wysiadaniu. Po za tym mieliśmy do pokonanie z Adelianos Kampos jakieś 6 km, więc czasowo też można było na oko obliczyć ile mamy jechać. Widać Kreta okazała się nam wielce przychylna, gdyż wysiedliśmy w uliczce tuż koło portu, niedaleko placu (?).
W oddali było widać dwa promy. Jeden zacumowany, na drugim zaś właśnie skończyło się okrętowanie. Biało-błękitny statek wyglądał wyjątkowo malowniczo na tle morza w promieniach popołudniowego słońca.
Ruszyliśmy w jego kierunku portową promenadą, mijając przystań jachtową.
W zielonkawo-niebieskiej wodzie między łódkami można było zobaczyć ławice mniejszych ryb, lub też całkiem duże okazy przypominające karpie. Zresztą nieopodal, zanurzony w wodzie po kolana mężczyzna łowił ryby.
Mimo tego że było po piątej, słońce bardzo mocno prażyło i zaczynało dawać się nam we znaki. Stojąc twarzą na południe widać było z portu zabudowę Rethymnonu, a po lewej stronie plażę z równiutko ułożonymi granatowymi parasolami, która prowadziła daleko aż do naszego Adelianos Kampos.
Ponad miastem majaczyły we mgle wysokie, płowe szczyty gór. Gorąco dało się nam mocno we znaki tym razem, więc poszliśmy z portu w kierunku ulic w poszukiwaniu jakiejś kafejki. Chodziło o to, że musieliśmy się nie tyle napić czegoś, co zjeść lody. Okazało się, że mają niezastąpioną w tych warunkach temperaturowych właściwość schładzania organizmu. Pozbawieni przewodnika, co za tym idzie także mapy, szliśmy wąskimi przyportowymi uliczkami, szukając kafejki, a także znaku w którym kierunku znajduje się old town.
Natrafiwszy wreszcie na drogowskaz, znaleźliśmy również małą cukiernię. Oprócz ciast, tortów i ciasteczek, były tam nasze upragnione lody. Każde z nas wzięło po 3 gałki, a do tego kawę frape, którą zaserwowano nam oczywiście z wodą. Kolejny raz okazało się, że miara porcji na Krecie nie jest równa tej do której przywykliśmy.
Po dużym obiedzie, który zamówiliśmy w tawernie przed wycieczką do Rethymnonu, zjedzenie litrowej porcji lodów przekraczało nasze możliwości, chociaż były pyszne. Najzabawniej było gdy doszło do płacenia za deser i kawę. Kuba szukał właściciela, aż na zapleczu! Tocząc się dalej, spacerowaliśmy wąskimi, charakterystycznymi dla zabudowy weneckiej uliczkami.
Z powodu tego, że była to niedziela otwarte były tylko te sklepy, które były nastawione ściśle na turystów. Niestety zamknięte było muzeum archeologiczne.
Na balkonach kamienic dało się zauważyć i usłyszeć kanarki, których śpiew przebijał się przez muzykę cykad.
Idąc wciąż przed siebie znów byliśmy w porcie, tym razem z drugiej strony przy starej latarni, gdzie kończyła się zabudowa twierdzy z czasów państwa weneckiego.
Kilka kroków dalej znajdował się postój taksówek.
Umówiwszy się na kwotę 8 euro, wsiedliśmy i pojechaliśmy z powrotem do naszego hotelu, mijając po drodze mosty nad rzekami, których nie było.
Brak komentarzy...
Dodaj komentarz





Brak komentarzy