Lotnisko w Pyrzowicach tonęło w strugach deszczu, a temperatura nie przekraczała na termometrze 16 kresek.
Po sprawnej odprawie i małych zakupach w sklepie wolnocłowym, zaokrętowaliśmy się na nasz samolot. Lot chociaż niezbyt długi był nużący, więc Kuba przespał go chrapiąc smacznie, ja natomiast patrzyłam przez małe okienko, kiedy wreszcie pojawi się błękitne morze. I tak kolejno widać było pasmo Karpat, potem Dunaj, aż wreszcie pojawiła tak wyczekiwana przeze mnie morska toń. Kreta była już bardzo blisko…
Za każdym razem, kiedy wyruszam z Polski gdzieś daleko na południe zawsze powtarza się ten sam scenariusz. Polska żegna mnie strugami deszczu i chłodem, a nowy nieznany ląd wita mnie gorąco, oplatając piekącymi promieniami słońca. Na pewno nie jeden podróżny zaznał tego “uderzenia” gorącego powietrza, które ma inny charakterystyczny dla siebie zapach.
Dotarliśmy do hotelu, który sprawił na nas jak najlepsze wrażenie.
Oczywiście najsmaczniejszą rzeczą na kolacji była lodowato zimna woda! Miałam błękitną, słoną wodę na wyciągnięcie ręki, Kuba za to zwrócił uwagę na ukryte w charakterystycznej mgiełce płowe i ostre granie, które znajdowały sie we wnętrzu wyspy.
Byliśmy ciekawi co przyniosą kolejne dni…
Brak komentarzy...
Dodaj komentarz





Brak komentarzy