Już na początku planowania podróży założyliśmy sobie wypożyczenie samochodu i zwiedzanie na własną rękę. Gwarantuje to niczym nie skrępowane zatrzymywanie się w ciekawych miejscach pracowicie wypatrzonych z drogi, czasami nie posiadających nazwy, ale wabiących niepowtarzalnym urokiem.
W Adelianos Kampos wypożyczalnie samochodów wabiły potencjalnych klientów na każdym kroku. Różnice w cenach sięgały nawet 50 euro za dzień. Po za tym zostaliśmy nastraszeni straszliwą historią o pożyczeniu “taniego” auta przez dwójkę turystów z Polski, która to “atrakcyjna” cena nie zawierała pełnego ubezpieczenia, co okazało sie fatalne w skutkach. Kiedy prawie byliśmy zdecydowani na wynajęcie auta po wygórowanej cenie, jaką oferował nam rezydent w hotelu, ale podobno pewnego w kwestii ubezpieczenia, natrafiliśmy na szyld Greco car rental.
Mając w pamięci pozytywne opinie na temat biura podróży Greco i widząc to samo logo zaryzykowaliśmy i zapytaliśmy o warunki wynajęcia samochodu. Okazało sie to tzw. “strzałem w 10″! Polisa ubezpieczeniowa nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Mieliśmy do wyboru Suzuki Jimny lub Kia Rio. Zdecydowanym atutem Kia okazała sie być klimatyzacja, bardzo przydatna przy 40 C w cieniu. Wybrawszy auto w kolorze niebieskim za bardzo uczciwą cenę, wyruszyliśmy wzdłuż północnego wybrzeża Krety z Adelianos Kampos niedaleko Rethymno do Knossos.
Od samego początku nie obeszło się bez przygód. Odnalezienie wyjazdu na drogę w kierunku Heraklionu zajęło nam dobre 20 minut. Pierwszy odważny za kierownicą zasiadł Kuba, mnie natomiast przypadła rola pilota i operatora kamery w jednym. Niestety nie udało się na zdobyć mapy Krety dla nawigacji GPS z prawdziwego zdarzenia. Musiała nam wystarczyć zwykła z zaznaczonymi ważniejszymi drogami, lecz jak się okazało później czarny punkcik poruszający się na ekranie palmtopa uratował nam niemal życie!
Kiedy wydostaliśmy się na główną drogę nazywaną autostardą w kierunku Heraklionu, okazało się że na kreteńskiej szosie obowiązują specyficzne przepisy drogowe, a mianowicie obowiązuje ich brak. Znak głosi 40km/h, a tu obok wyprzedza nas samochód z prędkością Formuły 1, który jest wyprzedzany przez następny z prędkością nad świetlną, a zaznaczam że z przeciwka cały czas jadą auta, natomiast na środku ktoś dobrych kilka lat temu namalował podwójną ciągłą, która zdążyła mocno wyblaknąć w palącym słońcu Krety. Podziwiając po drodze wysokie i ostre stoki gór z prawej strony i błyszczące w słońcu fale morza, po których co jakiś czas przepływał jacht lub statek, zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie rozciągała się szeroka dolina.
Po małej sesji zdjęciowej ze względu na widoki i zakupie jednego melona oraz arbuza wyruszyliśmy w dalszą podróż uprawiając piractwo drogowe na szeroką skalę.
Przyznam szczerze, że wyprzedzanie na podwójnej ciągłej daje taką frajdę, jak robienie każdej rzeczy której teoretycznie nie wolno. Z Rethymno do Heraklionu jedzie się około 1,5 h bez dłuższych przystanków. Mając świeżo w pamięci kłopoty z wyjazdem na autostradę w Adelianos Kampos obawialiśmy się, że nie będzie znaku jak z niej zjechać tak, by potem trafić do Knossos. Na szczęście pałac Minosa jest miejscem tak eksponowanym, że zadbano o odpowiednie znaki, które poprowadziły nas na miejsce. Ruiny pałacu okazały sie gościnnym miejscem, a zwiedzanie ich zajęło nam bite dwie godziny.
Droga powrotna przypominała błądzenie po labiryncie Minotaura. Zatrzymaliśmy się na jednej z ulic w Iraklionie by zjeść mały obiad, czyli sałatkę grecką i souvlaki.
Biorąc pod uwagę kłopoty z wyjechaniem na główną drogę jakie mieliśmy w małym Adelianos Kampos, w Heraklionie czekał nas istny horror. Oznakowanie pozostawiało wiele do życzenia, a po za wszystkim trzeba było uważać na specyficzny styl jazdy okolicznych kierowców. Zbawieniem okazał sie GPS, który zatoczył na mapie niezłego ślimaka, ale przynajmniej nakierował nas na drogę. Porzuciwszy rolę pilota i operatora kamery zamieniłam się z Kubą za kółkiem. Kia zdecydowanie nie była Hondą, ale spisywała się bardzo dobrze na krętej drodze, gdzie miejscami po jednej stronie była przepaść. Upał dał nam się we znaki, i mimo klimatyzacji marzyliśmy o…prysznicu! Wtedy okazało się że mijamy bezludne zatoczki z pięknymi piaszczystymi plażami. Morze po prostu nas zapraszało. Zaparkowaliśmy samochód na urwistym brzegu i pobiegliśmy ku plaży.
W tym miejscu fale były dość spore, co spowodowało że frajda z kąpieli była jeszcze większa.
W doskonałych nastrojach udaliśmy się w dalszą podróż, którą po pół godzinie przerwał nam kolejny piękny krajobraz z małymi zatoczkami wśród skał. Ponieważ w tym miejscu znajdowała sie tawerna, postanowiliśmy coś zjeść by móc zatrzymać się tu na dłużej. Siedzieliśmy na tarasie z którego rozciągał się widok na mieniące się w słońcu morze. Podano nam bardzo mocną, gęstą i słodką kawę w małej filiżance, która była zastrzykiem energii.
W tym miejscu czas wydawał się nie istnieć…
Dalsza podróż przebiegała bez zmian. Byliśmy wyprzedzani na zakrętach, lub sami trąbiąc wyprzedzaliśmy na podwójnej ciągłej. Ostatnim przystankiem przed Adelianos Kampos okazało się małe molo, na którego końcu fale rozbijały się o olbrzymie głazy.
Słońce właściwie zaczynało zachodzić, czas był najwyższy by wrócić do hotelu i oddać samochód.
Tego dnia nie zjedliśmy w hotelu kolacji. Kuba zapomniał założyć wymagane długie spodnie do hotelowej restauracji i nie chciało się mu już wracać by je przebrać. Zamiast na kolację poszliśmy do baru na drinka.
Było całkowicie ciemno, ale powietrze nadal wydawało się drgać rozgrzane promieniami słońca. To jeden z plusów wakacji w “tropikach”. Nawet o północy można wyjść na ulicę bez sweterka:)!
Brak komentarzy...
Dodaj komentarz





Brak komentarzy